piątek, 3 maja 2013

"Małe zbrodnie małżeńskie" i wielkie rozczarowanie czytelnicze


"Petits crimes conjugaux", E. E. Schmitt, ss. 97
Wydawnictwo Znak, Kraków 2005


Początek miesiąca a wraz z nim kolejne wyzwania czytelnicze (jedne mniej, drugie bardziej osobiste), nowe pomysły na siebie oraz niepohamowana chęć zapolowania na nieznanego jeszcze autora i książkę, która mnie poruszy. Na początek spokojnie sięgnęłam po dramat autorstwa Eric'a Emmanuela Schmitt'a. Mnie osobiście zachęciła okładka (nie ma to jak dwie osoby okładające się toporem ;)) oraz fakt, iż dzięki popularności historii przedstawionej w "Małych zbrodniach małżeńskich" dramat ten podbija sceny teatrów na całym świecie, w tym również polskie deski teatrów w Łodzi, Wrocławiu czy Warszawie. Zanim jednak zacznę recenzję małe ostrzeżenie - mój stosunek do czytania dramatów jest niestety, co przyznam otwarcie, bardzo prosty - albo coś mi się podoba, albo nie, nic pomiędzy. Jak było tym razem?
 
Warto zaznaczyć, iż przedstawiona historia opiera się na antycznej jedności miejsca, czasu i akcji, widza (czy też czytelnika) nie rozpraszają zatem ciągle zmieniające się dekoracje czy zagmatwana chronologia co sprawia, iż całą swoją uwagę może skupić na bohaterach i ich losach. Akcja "Małych zbrodni małżeńskich" rozgrywa się w mieszkaniu Lisy i Gilles'a, małżeństwa z piętnastoletnim stażem. Wszystko rozpoczyna się w momencie gdy Gilles, z walizką pod pachą, wchodzi do salonu. Ostatnie dni spędził w szpitalu do którego trafił w wyniku niefortunnego wypadku, na domiar złego stracił pamięć, przez co nie rozpoznaje ani żony, ani własnego domu. Lisa, jako kochająca towarzyszka jego dotychczasowego życia, wspiera męża w tych trudnych chwilach starając się przypomnieć mu jaką osobą był przed wypadkiem:


[Lisa] "Zapewniasz, że biblioteka bez kurzu jest możliwa tylko w poczekalni. Uważasz, że okruchy to nie brud, bo przecież chleb się je. Niedawno przekonywałeś mnie nawet, że okruchy to łzy wylewane przez chleb, który cierpi, kiedy go kroimy. Rezultat: łóżka i kanapy są zapłakane"[1].

Sielanka odbudowywania związku ze wspomnień i oczekiwań Lisy nie trwa jednak długo, już wkrótce na jaw wychodzą bowiem kłamstwa obu małżonków, ich problemy i partykularne interesy. Bohaterowie dają się poznać zarówno z dobrej jak i złej strony, a ich małżeństwo okazuje się nie tylko ciepłym związkiem kochających się ludzi, ale i relacją dwóch osobowości zjedzonych upływem lat, kolejnych doświadczeń i niespełnionych oczekiwań. Jest to historia dwogja ludzi walczących o przetrwanie małżeństwa, którzy mimo oryginalnego doboru środków mających pomóc im w uzyskaniu celu, stanowią jednak parę oddanych i kochających się osób. Towarzyszymy im zatem zarówno w kolejnych kłótniach i wylewanych na siebie nawzajem żalach, jak i w przypływach sentymentalnych wspomnień, skrywanych uczuć czy powstrzymywanej namiętności. Czym jest małżeństwo, związek, przywiązanie?


[Gilles] "Oto czym jest małżeństwo: stowarzyszeniem zabójców, którzy napadają na innych, zanim rzucą się wzajem na siebie, długą wędrówką do śmierci, gdzie po drodze ściele się trup. [...] Kiedy widzicie kobietę i mężczyznę w urzędzie stanu cywilnego, zastanówcie się, które z nich stanie się mordercą"[2].

[Gilles] "A więc nie stanowimy wolnego związku?"
[Lisa] "Tylko w teorii. Bardzo abstrakcyjnie. Między deską serów a kawą. Nie przez resztę czasu"[3].


Ksiązka reklamowana była jako "[...] zabawna i pełna zaskakujących zwrotow akcji opowieść [...]"[4], mnie jednak nie porwała. Zgadzam się, że autor stworzył kilka zgrabnych zdań, ktore można od czasu do czasu zacytować, cała historia daleka jednak była od komedii, a zwroty akcji nie powodowały większych emocji, ot zwykłe "acha, no w sumie, czemu nie". O historii zdążyłam zapomnieć tuż po przeczytaniu ostatniej strony. Wszystko takie byle jakie.

photo credit: 2thin2swim via photopin cc

Czytanie dramatów, jak już wspomniałam, uważam za trudne o czym w moim przypadku może świadczyć fakt, że jedynymi autorami, którym udało się mnie rozśmieszyć byli Shakespeare i Arystofanes. Może zwyczajnie nie daję rady "na sucho" cieszyć sie tekstem, ale czy nie po to zostały one napisane w ten właśnie sposób, by nadać im formę? Pamiętam, że czytając "Tesmoforie" Arystofanesa na mojej twarzy od czasu do czasu pojawiał się uśmiech, oglądając zaś grupę aktorów-amatorów przedstawiających tę sztukę niemal turlałam się po podłodze odkrywając kolejne przezabawne sytuacje, które umknęły mi w trakcie lektury. Dramat jednak potrzebuje aktorów, gestów, tonu głosu, fryzury, przebrania, rekwizytów. Może w przypadku "Małych zbrodni małżeńskich" jest podobnie? Może komizm zawarty między wierszami gdzieś mi uciekł? Za dużo tu jednak "może", "a co jeśli". Nie jestem pod wrażeniem przeczytanej lektury. Może ktoś z Was widział przedstawienie i ma wobec niego pozytywne odczucia?

Oczywiście mogłabym w tym miejscu wypisywać "co autor miał na myśli" pisząc o problemach małżeńskich Lisy i Gilles'a, szukać między wierszami głębszej myśli, która nie rzuciła mi się w oczy podczas czytania, zastanawiać się nad przesłaniem ich historii. Ale po co? Schmitt nie przekonał mnie ani do swoich bohaterów ani do ich problemów. Dużo większe wrażenie wywarł na mnie związek Dick'a i Nicole Diver'ów ("Czuła jest noc"), których relacja była zdecydowanie dogłębniej opisana przez Fitzgeralda, pełna wyrzeczeń, trudnej miłości i codziennych wyzwań. Relacja między Lisą a Gilles'em wydawała mi się prosta, niemal prostacka. Nie czułam się zaskoczona czy poruszona ich problemami i mimo, iz była to jedna z tych historii, które mogły zdarzyć się każdemu, to nie polubiłam bohaterów, których losy zupełnie mnie nie obchodziły. Miejscami trąciło rozwiązaniami rodem z opery mydlanej. A może zwyczajnie potrzeba mi żywych ludzi do opowiedzenia tej historii?

Plusy
Minusy
  • zdarzają się ciekawe sentencje
  • niezbyt oryginalna historia
  • "zaskakujące" zwroty akcji były niezwykle stereotypowe i przewidywalne
  • brak silnych emocji, które poruszyłyby czytelnika
  • nieciekawe postaci głównych bohaterów

[1] Schmitt, E. E. (2005) Małe zbrodnie małżeńskie, Wydawnictwo Znak: Kraków, s.7.
[2] Ibidem, s.49.
[3] Ibidem, s.82
[4] Ibidem, okładka.

9 komentarzy:

  1. Cóż, mnie Schmitt jakoś nigdy nie potrafił porwać..

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny pomysł z ujęciem zalet i niedociągnięć książki w tabelce. Od razu wiadomo czy książkę należy przeczytać czy omijać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ;) Takie ujęcie sprawy za pomocą ukazania kilku pozytywów i negatywów zawsze wydawało mi się nieco praktyczniejsze niż wydawanie ocen. Pozdrawiam serdecznie! ;)

      Usuń
  3. Moja przygoda z tym autorem zaczęła się i jednocześnie skończyła na "Oskar i pani Róża", choć książkę wspominam raczej miło. Nigdy nie miałam ciągot,aby sięgnąć po inne jego dzieła. Sentencje, które po prostu uwielbiam w każdym wydaniu (kiedyś okleję sobie nimi cały pokój :)) są na pewno zaletą, ale dotarcie do paru ciekawych zdań brnąc przez nieciekawe postaci i fabułę jest dla mnie zbyt dużym poświęceniem :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj zgadzam się, choć "Oskara i panią Różę" czytałam wieki temu i nawet nie pamiętam, jakie odczucia miałam wobec tej lektury. Dam Schmitt'owi jednak jeszcze jedną szansę i spróbuję zabrać się za "Trucicielkę" (hurtem zwinęłam ją z półki w bibliotece razem z "Małymi zbrodniami...", mam nadzieję, że miło mnie zaskoczy). Pozdrawiam ;)

      Usuń
  4. Przeglądałam kiedyś książki tego autora w empiku, żadna nie zainteresowała mnie na tyle, bym ją kupiła/wypożyczyła.

    Też lubię Arystofanesa! Miesiąc temu znalazłam w antykwariacie jego utwory w przekładzie Stefana Srebrnego. :)

    Pozdrawiam serdecznie,
    kasjeusz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, brawo! Ja za Arystofanesem dużo biegałam i nic nie znalazłam, z czasem przerzuciłam się więc na Perseusza (http://www.perseus.tufts.edu/hopper). W sam raz, jeśli chciałabyś powalczyć kiedyś z oryginałem, do czego oczywiście szczerze zachęcam, niektóre przekłady bowiem cenzurują przekaz ;) Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  5. Dziękuję, zaraz powalczę! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz też zacząć od "Wyprawy Cyrusa" Ksenofonta, bardzo ładna starogreka, na klasycznej zawsze od tego zaczynają więc nie będzie to skok na głęboką wodę podobnie jak z Arystofanesem ;) Swoją drogą angielskie tłumaczenia też nie są takie złe, choć samych "Tesmoforii" było kilka czy kilkanaście wersji... Pozdrawiam ;)

      Usuń